טירופו של רןפא.jpg

jehudit hendel| יהודית הנדל

szaleństwo psychiatry (fragment) |przełożył z hebrajskiego tomasz korzeniowski

pierwodruk: piw, 2009​

okładka książki jehudit hendel  "טירופו של רופא הנפש".

Rabi Szlomo z Karlina powiedział kiedyś pewnemu człowiekowi:

Nie mam klucza, by cię otworzyć.

Ten zawołał nań: Jeśli tak, przebij mnie, rabi, gwoździem.

Z opowieści chasydów

 

 

Joel zginął trzydziestego października, w mglisto-pochmurny dzień,
a on sam, Elchanan, przeprowadził się do niej, Jael, trochę więcej niż po roku, mniej więcej w połowie listopada, i wtedy dzień też był mglisto-pochmurny, zaczął się mżawką, ale za nic nie pamięta daty, jak to jest, że nie pamięta daty, przecież ta data zmieniła jego życie, jak to jest, że nie pamięta daty, która zmieniła jego życie, a tylko że był mglisto-pochmurny dzień, który zaczął się mżawką, i że pani Stein, sąsiadka z naprzeciwka, pierwsza, która widziała go wychodzącego rano z teczką, uśmiechnęła się nieco, dokładnie tak, jak naza­jutrz uśmiechnęła się pani Stern z drzwi obok, i powiedziała: Dzień dobry, doktorze Gil, i weszła za nim do windy. W windzie powiedziała: Zaczyna się jesień. A on powiedział: Tak, zaczyna się jesień. Jesień trochę wczesna – powie­dzia­ła. A on powiedział: Tak, jesień trochę wczesna. Tymczasem winda zatrzymała się i pani Stein znów powiedziała: Dobrego ranka, doktorze Gil, miłego dnia – i podeszła do skrzynki pocztowej, żeby wyjąć swoją gazetę, a on jednym szusem otworzył drzwi z domofonem, jednym szusem wszedł do samochodu, i odjechał.

Przychodnia była jeszcze pusta, i tylko Rywka Dobra Dusza siedziała w pokoju pielęgniarek, popijając herbatę. Ona też powiedziała: Dzień dob­ry, Elchanan, przyszedłeś bez płaszcza, a tu pada, i nie masz nawet koszuli na zmianę. A on powiedział: To nic. Rywka Dobra Dusza powiedziała: Zaczyna być chłodno. A on powiedział: Tak, zaczyna być chłodno – i usiadł naprzeciw niej i też wziął duży łyk herbaty, a ona powiedziała: Jesteś zmęczony, wyglądasz na zmęczonego, nie spałeś w nocy? A on powiedział: Dlaczego? Wyglądam na zmęczonego? I powiedział do siebie, że ona mówi, że wygląda na zmęczonego, ale chce po­wie­dzieć, że wygląda źle, a przecież to była jego noc miłości, jak to jest, że jej zdaje się, że on wygląda źle po nocy miłości, ale Rywka powiedziała, że po nocy zawsze wygląda się źle, nie sądzisz? Powiedział: Tak, tak sądzę – i powiedział, że jeśli woda jest wciąż gorąca, chętnie wypije jeszcze szklankę herbaty.

Po południu rozmyślał, czy iść do swojego mieszkania, czy prosto do Jaeli, i poszedł prosto do Jaeli. Wciąż jej nie było, stał i patrzył przez duże okno na swoje puste mieszkanie, na tym samym piętrze budynku naprzeciw, dokładnie okno naprzeciw. Całymi latami patrzył stamtąd tu, teraz patrzy stąd tam. Jasna plama bladego słońca wędrowała po miesz­kaniu, a on śledził ją oczami, jakby patrzył na obce miejsce. Potem zwrócił uwagę, że plama słońca, dokładnie taka sama, przywędrowała i tu, i powiedział, tak, oczywiście, ten sam róg, to samo okno, i wszedł do kuch­ni, a potem do pokoju Joela. I pamięta to dokład­nie, dokład­nie, jak plama słońca powędrowała za nim do pokoju Joela i spoczęła na trąbce Joela, leżącej na dużej i długiej komodzie, a on powiedział, o, trąbka, Jaeli jej nie przeniosła i nie tknęła, i przypom­niał sobie, że cały rok nie wchodził tu, choćby raz, do pokoju Joela. Na stole leżała upo­rząd­kowana sterta nut, jakby dopiero co z nich korzystano, powiedział, ona robi porządek z nutami, i na stole. Kiedy wrócił do okna, za­częło znowu trochę mżyć, szyby zmatowiały, jego mieszkanie naprzeciw wyg­lą­dało jak martwa i pusta przestrzeń, a on wrócił do pokoju z trąbką i po­wiedział, tak, ona ją poleruje, oczywiście, że ją poleruje, to widać, że ją poleruje, ściągnął ramiona i pochylił się ku trąbce. Coś go ścisnęło w klatce piersiowej, powiedział, przecież to dzisiejszy dzień zmienił mo­je życie, co ja robię, co ja tam do diabła mam w piersi, i rozmasował sobie trochę pierś. Ktoś zadzwonił do drzwi, stała tam pani Stein, która powiedziała: O, przepraszam, Jael jeszcze nie przyszła? Chciałam ją o coś prosić, nie, nic ważnego, jakoś sobie poradzę, i znów uśmiech­nęła się lekko. Kiedy poszła, spojrzał na zegar i powiedział, wkrótce przyjdzie. Jaeli, moja urocza Jaeli, i poruszony zaczął kręcić się po mieszkaniu. Wkrótce otworzy drzwi i znajdzie go tu. Cały rok dzwonił przed przyjściem, a ona mówiła: Przyjdź, przyjdź. Teraz otworzy drzwi, a tu on. Ona powie: O, Elchanan, ty tutaj. A on powie: Ja tutaj, Jaeli, ja tutaj – i zobaczył jej złote oczy, spoczywające na jego twarzy, podczas kiedy mówił: Ja tutaj, Jaeli, ja tutaj i zamknął na chwilę oczy. Zdawało mu się, że przyjechała winda, ale nie. Nikt nie otworzył drzwi. Wciąż jest tu sam. Nigdy, właściwie, nie był tu sam. A teraz –

Przecież to ona tego chciała, ona powiedziała: To zostań tu, dlaczego miałbyś nie zostać? To była jej wola, wyraźnie jej, to ona go pro­siła, wyraźnie prosiła, i przecież to ona nawet kiedyś powiedziała: Joela już nie ma. A on: Tak, Joela już nie ma – on, którego profesją jest ludzka dusza, Joela już nie ma.

I nagle usłyszał siebie, jak powtarza głośno, tak, Joela już nie ma,
i znów wszedł do pokoju z trąbką. Nad komodą wisiała fotografia ich obojga, głowa przy głowie, dłoń Joela na jej włosach. Joel miał dużą, smutną twarz, która nagle wydała mu się duża ponad wszelką miarę, panującą na całej fotografii i pochłaniającą twarz Jaeli, która jakby zma­towiała, i widoczna była tylko jego twarz, duża i smutna, która zrobiła się jeszcze większa, wyszła poza granice fotografii, jakby z ukrytego promienia i teraz panuje wokół, na całej przestrzeni, na całej ścianie, a on powiedział, ona wisi krzywo, ona jest po prostu krzywo, to na pewno wiatr ją przekrzywił, podniół rękę i wyprostował foto­grafię. Ale twarz wciąż wyglądała na bardzo dużą, bardzo smutną. Za­ciera twarz Jaeli i panuje na całej ścianie, jakby wychodziła nie z papieru, tylko ze ściany, i powiedział, to okno, to przez to dziwne świat­ło, przez ten dziwny dzień, opuścił rękę i pogładził nią trąbkę. Blacha była ciepła, jakby ktoś dopiero co trzymał ją przy ciele, a on przeciągnął powoli ręką po rozszerzającej się tubie. Przestrzeń u wlotu do pustego wnętrza była czarna. Pochylił się, zajrzał do środka, do zagiętego i zwężającego się wnętrza. Zdawało mu się, że z czarnego, zagiętego pustego wnętrza dochodzi jakiś głos, a on powiedział, to moja dusza, słychać stamtąd echo mojej duszy, dlaczego ja tak oddycham,
i ściągnął szybko rękę, ale dalej oddychał ciężko, z głową przy gardzieli trąbki.

 

Jego mieszkanie było naprzeciw. To Joel mu je polecił, to on powiedział: Zwolniło się mieszkanie, dokładnie naprzeciw naszego okna, weź je, przecież szukasz mieszkania, a kiedy się wahał, powie­dział mu: No, co ty, dosłownie naprzeciw, weź je. I wziął. I wtedy to się za­czę­ło, w tym oknie dosłownie. Czy to się wtedy zaczęło? Czy to się wte­dy zaczęło? Och, nie, to się zaczęło dużo wcześniej, to się zaczęło już, kiedy Joel przedstawił mu ją, kiedy powiedział: Poznaj moją przy­jaciółkę, Jael, a on poczuł jej złote oczy na sobie, i jak patrzyła na nie­go, i jak śmiała się, kiedy patrzyła na niego. Jakby to stało się dzisiaj, pamięta jej śmiech, patrzącej na niego, a potem Joel ożenił się z nią.

A potem pięć lat czatował na nich w oknie. Ale nie, czatował to niewłaś­ciwe słowo. Trzeba uściślić. Patrzył na nich w oknie. Ich mieszka­nie było zawsze oświetlone i on na nich patrzył, zaciemniał swoje
i sie­dział przy oknie w ciemności. Im, naturalnie, nie przyszło do głowy. Pięć lat, naturalnie, nie przyszło im do głowy. Czasami mówili: Wejdź, zjemy coś w przelocie, i Jaeli brała telefon od Joela i wyliczała mu przez telefon, co jest w lodówce, a on słyszał jej złoty śmiech
i przy­chodził. Oczywiście. Zawsze przychodził. Czasami szli razem na film, i Jaeli siedziała zawsze w środku, między nimi dwoma, jak należy, zawsze jak należy, głowa oparta na ramieniu Joela i przytulona do niego, i wtedy on przesuwał się dalej, na drugi koniec siedzenia. Czasami zasypiała jemu, Joelowi, na ramieniu, głowa osuwała się na jego pierś,
a Joel przesuwał swoją rekę na jej głowę, a potem otwierała oczy i śmia­ła się w ciemności do Joela, a potem śmiała się w ciemności do niego, i w ciemności jaśniały jej złote oczy, które potem, kiedy szedł sam w ciem­ności do domu, szły z nim. Ich okno było zawsze oświetlone. Czasami widział ich tam, jak się obejmują stojąc, i wtedy wstawał z krzesła, tkwił przylegając do szyby, i patrzył. Czasami mieszkanie było ciemne, świecił się tam tylko mały kinkiet u wezgłowia łóżka, a on wi­dział Jaeli rozbierającą się. Czasami wiązała włosy gumką, a czasami zos­tawiała je luźno, a on wchodził do kuchni, wypijał kieliszek i jesz­cze jeden, i zostawał w kuchni. Kiedy widział u nich zgaszone światło, zapalał swoje, podchodził do okna, i siadał z pustym kieliszkiem w rę­ku.

Jehudit Hendel: Szaleństwo psychiatry [טירופו של רופא הנפש]. Wyd. Hakibuc Hameuchad, 2002. - 143 s.