top of page
Okładka książki IAharona Appelfelda  "Polska - zielony kraj".
aharon appelfeld | אהרון אפלפלד

polska zielony kraj (fragment)| przełożył z hebrajskiego tomasz korzeniowski

niepublikowane gdzie indziej

Jakub Fajn, spokojny, ustatkowany i miłego obejścia człowiek, po krótkiej rozterce postanowił zostawić na jakiś czas rodzinę, dobrze prosperujący sklep i pojechać do rodzinnej wsi swoich rodziców. Postąpił rzeczowo i obiecał, że w ciągu dziesięciu dni, najdłużej dwóch tygodni, wróci do domu i do sklepu, i wszystko będzie jak było.
Żona przyjęła decyzję bez zrozumienia. Stwierdziła, że takiej podróży nie podejmuje się w pośpiechu. Trzeba porozmawiać z rodziną, z przyjaciółmi, i dopiero potem zdecydować. Ale i wtedy, nie samemu. W nieznane miejsca nie jeździ się samotnie. Ze swojej strony Jakub utrzymywał, że już całe lata pragnie tam pojechać, ale ze względu na sklep i dzieci dotąd  wyjazd odkładał. Teraz czuje, że już dłużej nie może zwlekać.

Jakub Fajn nie miał opinii uparciucha, dlatego żona sądziła, że przy wsparciu dzieci i przyjaciół uda się jej odwieść go od tych zamiarów. Oczywiście, myliła się. Za wewnętrznym spokojem i pogodną twarzą ukrywał się uparciuch. To prawda, żyje w nim uparciuch, osobny, utajony, niemal nie ujawnia się. Ale kiedy już wychodził z kryjówki, Jakub czuł jego moc.
Przedłużające się co dzień namowy, w niczym nie zmieniły planów. Na odwrót, z dnia na dzień Jakub umacniał zamiar i zajmował się takimi sprawami jak bilet lotniczy do Warszawy, bilet na pociąg z Warszawy do Krakowa, taksówka z Krakowa prosto na wieś Szydłowce. W ostatnich tygodniach długo szukał byłych mieszkańców wsi, którzy ocaleli, żeby opowiedzieli mu o miejscu i o tym, co się tam w czasie wojny działo. Ale jego wysiłki na nic się nie zdały.
Kiedy był dzieckiem, do zacienionego, miłego domu rodziców przy ulicy Melczet przychodziło kilka osób z ich wsi. Wyglądali inaczej, niż reszta: niscy, krzepcy, zamknięci w sobie. Rodzice przyjmowali ich radośnie. Siedzieli razem dwie, trzy godziny, rozmawiali o kupcach i towarach, wspomninali, ale najczęściej milczeli. Nie robili na nim miłego wrażenia, jednak, skoro co miesiąc przychodzili do domu, bezwiednie wnikali do jego snów, a właściwie – do jego koszmarów.
Rodzice też byli zamknięci w sobie, ale nie wobec niego. Jakub jedynak, żył w swoim świecie daleko od wszystkiego, co było ich światem. Rodzice byli mu obcy. I wtedy i zawsze. Ta obcość promieniowała na wszystko: na dom, sklep, bóżnicę, nie mówiąc o domowej rocznicy 26 kislew. Gości było niewielu, ledwo minjan. Zaczynali po południu modlitwą minchy, a potem siedzieli wokół szerokiego stołu w salonie.
To skromne zgromadzenie w jednej chwili zmieniało dom. Podmuch wiatru z dalekiej wsi, skąd przybyli, przepędzał zapachy domu i zajmował wszystkie pokoje. Były to podmuchy zimna zmieszane z zapachem parującej zupy. Czasami dołączała do nich woń tanich kobiecych perfum. Ta inwazja budziła w nim poczucie, że i rodzice zaraz zaczną pakować rzeczy i wszyscy ruszą na długą wyprawę do wsi, gdzie się urodzili, gdzie zginęli ich rodzice i gdzie została część ich jestestwa.
Kiedy odeszli, Jakub pośpiesznie sprzedał mieszkanie i ciężkie meble  rodziców. Sprzęty domowe, naczynia na Pesach, ubrania i książki religijne przekazał organizacji dobroczynnej. Zrobił to pośpiesznie, sprawnie, sobie nie zostawiając niczego. W głębi był pewien, że to odcięcie jest koniecznością, a nad koniecznością się nie rozmyśla.
Ale, z jakiegoś powodu sprawy poszły w innym kierunku. Dobrze prosperujący sklep, spadek po rodzicach, na każdym kroku przypominał mu, że rodzice wciąż mają tu prawo wstępu. Starzy klienci trudzili się, by robić mu aluzje, że to nie on założył ten sklep. Poza tym, zaczęły go monitować instytucje filantropijne, którym rodzice dawali skromne ofiary, a także ludzie w bóżnicy. Ci, wspominali ojca bardzo czule, czasem zaznaczali, że ojciec był przyzwoity, otwartego serca, przywiązany do tradycji ojców i wierny gminie. Większość remontów w bóżnicy robiono na jego rachunek.
To fakt, że Jakub był w tym kraju zakorzeniony bardziej niż jego rodzice. Tu skończył szkołę średnią. Z wojska odszedł w stopniu kapitana. Nawet studiował przez rok na uniwersytecie. Ale w sumie, czegoś mu brakowało. Tego braku, czy jakkolwiek byśmy to nazwali,  nie odczuwał tak w młodości. Po śmierci rodziców bardzo chciał powiększyć sklep, dać mu mocne podstawy i sprowadzić nowy asortyment. I rzeczywiście, prosperujący sklep bławatny zmienił swe oblicze i stał się sklepem z modnymi ubraniami. Przydał tem miejscu przestronności, wdzięku i elegancji, i w ciągu kilku lat usunął z wszystkich kątów atmosferę domowego spokoju jego rodziców. Gdyby rodzice zmartwychwstali, bez wątpienia nie poznaliby sklepu. „O wiele piękniejszego”, pysznił się.
Takie miał życzenie, które z wielkim powodzeniem spełnił. Ktoś inny byłby z pewnością szczęśliwy, ale Jakub czuł, że dziedzictwo rodziców nie daje mu szczęścia. Zdawało mu się, że otrzymał je podstępem. Gdyby działał uczciwie, to dobroczynnym instytucjom przekazałby też odziedziczone pieniądze, tak jak przekazał sprzęty domowe, ubrania, religijne książki, i wszystko zacząłby od nowa. To ogarniające go czasami uczucie, korzeniami przebiło jego duszę i wniknęło głęboko.
Żeby omamić udrękę, po zamknięciu sklepu wychodził czasami na wyprawę wzdłuż brzegu, sycił się widokiem morza i wracał ku ulicom miasta. Lubił ten splątany tłum weteranów i nowych imigrantów, wschodni aromat szałarmy i falafela i tanich, gazowanych napojów. Kiedy wracał do domu, Rywka pytała: „Gdzie byłeś?”.
– Nad morzem.
– Zawsze mówisz nad morzem.
Podejrzewała go na próżno. Nie uciekał wówczas ku kobietom. Od czasu do czasu żona zaciągała go swego pokoju, albo on z własnej inicjatywy zapraszał żonę na noc. Koniec końców, były to chwile płoche, i jak przychodziły, tak mijały. Jego duszę dręczyły rzeczy rozumowi niedostępne, nawiedzające go w długich nocnych koszmarach.
Czasami zdawało mu się, że powinien zmienić swoje życie, przenieść się na wieś i jakiś czas pozostać daleko od ludzi. Nie pozwalał takim myślom żyć dłużej niż godzinę. Miał wrażenie, że być razem z Rywką gdzieś, gdzie nie ma ludzi, to jak być w więzieniu, gdzie dzień i noc maltretują. Zostawić wszystko, co stworzył – tego nie brał pod rozwagę. Przez wszystkie te lata troskę o życie rodzinne i pielęgnowanie go, wzięły na siebie córki. Dzięki zmysłowi praktyczności, który odziedziczyły po matce, wiedziały że ojciec mógłby pewnego dnia powstać i zerwać pęta. Trwały na straży, niczym więzienne dozorczynie. To trwanie nieustannie mówiło, nie pozwolimy ci porzucić tego, co zbudowałeś własnymi rękami. Jakub czasem istotnie próbował, ale zawsze trafiał na ich zdecydowany opór. Stały murem.
Po wyjściu córek za mąż i opuszczeniu domu, czuł ten dławiący ucisk jeszcze bardziej. Najpierw myślał, by pojechać do Londynu. Ale od razu przyłapał się, że sercem nie tam go ciągnie. Pewnej nocy wstał z łóżka i powiedział „Jadę do Szydłowiec”. Jakby udało mu się w końcu znaleźć wyjście z labiryntu.
Kilka dni ukrywał to w tajemnicy. Wreszcie poinformował Rywkę:
– Jadę na wieś moich rodziców.
– Dokąd? – próbowała opanować się.
– Na wieś moich rodziców – powtórzył.
– Co się stało?
– Muszę.
Ze wszystkich stron spadały na niego błagania i ostrzeżenia. Nawet klienci w sklepie czuli potrzebę doradzania i ostrzegania przed tą pośpieszną decyzją. To celowe zamieszanie nie umniejszyło jego wigoru. Z dnia na dzień rosła w nim pewność, że powinien jechać, i będzie, co będzie.
Ponieważ argumenty i błagania nie pomogły, Rywka podniosła głos i wykrzyczała ku niemu: „To szaleństwo!”.
– Może.
– Gdzie logika? Co tam zastaniesz?
– Wszystko – nie powstrzymał się i rzucił jej to słowo.
Zawsze była praktyczniejsza od niego, ale ostatnimi czasy praktyczność, widoczna w całym jej postępowaniu, jeszcze się w niej wzmogła. Jemu też nie brakowało zmysłu praktyczności, ale praktyczność ta nie była sprawą zasadniczą. Czasami uważał za słuszne, by wyjść poza jej ramy: obniżyć ceny po sezonie, przekazać skromny datek człowiekowi w potrzebie, a ostatniego roku, spać całymi dniami. Ona to zachowanie nazywała „Szaleństwo mego męża”. Od czasu do czasu strofowała, albo wybuchała, albo po prostu obrażała go. A on nie czekał z założonymi rękoma.
Życie dotarło właśnie do punktu zwrotnego. Wstał i przygotował walizkę i podręczną torbę. Przyszły córki, by się pożegnać. Wciąż upraszały go, by się powstrzymał. Wobec nich był bardziej zgodliwy. Gotów był przyznać, że podróż nie ma większego sensu, ale zdarza się, że czasem trzeba odpowiedzieć na szaleństwo duszy i dać mu upust. 
Córki podobne były do matki, zmyślne i praktyczne jak ona, ale to on był ich ulubieńcem. Nie mógł nie być. Nigdy im nie odmawiał, nie karał, a jeśli potrzebowały czegoś drogiego, kupował. Matka, oczywiście, nie darowała mu tych hojnych zakupów. Mawiała, że tak nie wychowuje się dzieci. Dzieciom trzeba stawiać granice. A kiedy się złościła, dodawała: „Chcesz zaskarbić sobie ich serca”. Córki, w końcu, stanęły po jej stronie. W jej rozsądku zawsze była moc, która nad nimi panowała.
Bardzo chciały odprowadzić go na lotnisko, ale nie pozwolił.
– Chcę wyjechać bez wzruszeń. Jego zdecydowanie widać było teraz gołym okiem. Ustąpiły. Jak zawsze w takich napiętych sytuacjach, padły słowa, które może nie powinny były się pojawiać. Matka podniosła głowę i wymamrotała:
– Nic nie rozumiem. Możecie mnie zabić, ale nic z tego nie rozumiem.
Zasłoniła twarz obiema rękoma, jakby do krzyku, tylko na mgnienie oka – głos jej wrócił i zaczęła mówiła do rzeczy:
– Pilnuj się tam, pilnuj torby, dzwoń, pisz, nie chodź w podejrzane miejsca.
Ostatnie zdania zginęły pośród zgiełku, bo nadeszło kilku przyjaciół, by go pożegać, dwóch starych klientów i rabin z bóżnicy, który jak powiedział, był przedstawicielem ojca.
* * *
Lot do Warszawy nie różni się od lotu do Rzymu, czy Londynu, ale kiedy dotarł na miejsce i ruszył z lotniska w kierunku dworca kolejowego, poczuł od razu, że to inne powietrze. Powietrze trochę wilgotne i nasycone zapachem, które natychmiast przywołało pamięć rodziców, wciąż powtarzających, co za powietrze, co za woda. Nie cierpiał tej nostalgii. Lubił wielkie miasto, Tel-Awiw, a wszystko co poza miastem, zdawało mu się nędzne, i rodzice rzeczywiście ukazywali tę nędzę: pielęgnowanie tego, co minęło i przwiązanie do religijnych nakazów.
Mawiał: „Nigdy nie zrozumiem wiary w Boga po Zagładzie”. W imię tego co poznał w bóżnicy, a potem w ruchu młodzieżowym, zadręczał rodziców długimi i górnolotnymi zdaniami i twierdził: „Wy wciąż jeszcze żyjecie na swojej wsi. Nie wzięliście żadnej nauki z historii”. W kwestii tej nie różnił się od kolegów z klasy. Oni też zamęczali rodziców, obwiniając ich tak samo. Tak naprawdę, to inni rodzice wykłócali się, przytaczali dowody na słuszność swych twierdzeń i bronili się krzykiem. Jego rodzice nie kłócili się z nim, nie pragnęli przekonywać go do czegokolwiek, i bywało, że właśnie ich milczenie wyprowadzało go z formy. Mawiał wtedy nisgaw mewinati, pewien, że nie rozumieją jego słów.
Pociąg jechał, a on czuł pod sobą koła w ruchu. Nigdy nie podróżował tak zatłoczonym pociągiem i może dlatego roztaczały się przed nim tak odmienne i szczególne obrazy. Obok siedzieli wieśniacy, pili piwo i głośno rozprawiali. Ku jego zaskoczeniu, rozumiał niemal każde słowo. W dzieciństwie, w domu, rozmawiano w jidysz, ale wieczorami, rodzice rozmawiali między sobą wylewnie po polsku, tak żeby nie rozumiał. Miał wrażenie, że uciekając się do obcej mowy, chcieli ukryć przed nim tajemnice dotyczące podatków. Kiedy dorósł, rodzice dalej mówili po polsku, ale wtedy zdawało mu się, że rozmawiają o zabronionych sprawach małżeńskich. W każdym razie, z tych szeptanych rozmów, wchłaniał nie tylko słowa, ale i rytm mowy. Okazuje się, że to, czego człowiek słucha w dzieciństwie, nawet jeśli było to częściowo skrywane, nie przepada tak łatwo.
Pociąg jechał powoli, co chwilę stawał, pasażerowie wysiadali i wsiadali. Im dłużej jechał, tym bardziej Jakub czuł, że oddala się od poprzedniego życia. Tel Awiw zdawał mu się odległym, nierzeczywistym wagonem, który ledwie majaczył, gdzieś tam, w dalekim życiu.
Miał wielką ochotę zapytać jednego z wieśniaków, czy słyszał o wsi Szydłowce, ale wszelkie wysiłki użycia do tego pytania znanych mu słów, spełzły na niczym. Dziwne, wieśniacy nie wyglądali prostacko, czy nieprzyjaźnie. Popijali, i byli weseli. Zwrócił uwagę na rozbawione kobiety, bez ustanku rozmawiające, uwodzące, rzucające zabawne, a tu i tam jakieś wulgarne słowa, prowokujące wybuchy śmiechu.
Kiedy był całkiem mały, matka opowiadała mu o zwyczajach wiejskiego życia, o porach roku i pracach w polu. Lubił słuchać jej głosu, ale szkoła, ruch młodzieżowy i wojsko, wymazały mu z duszy wszystkie ówczesne opowieści matki. Teraz, te obrazy wychodziły z ukrycia, i ku jego zaskoczeniu pasowały do wszystkiego, co właśnie oglądał: spragnionych życia wieśniaków, którzy w odróżnieniu od Żydów, umieją się radować.
Ktoś podszedł do niego i zapytał w jidysz: „Żyd?”.
– Owszem – odrzekł natychmiast, zaskoczony tą demaskacją.
– Dokąd jedzie?
– Do Krakowa.
Jakubowi ciężko rozmawiać w jidysz, ale z trudem wydobywa parę słów. Żyd wyjawił mu, że mieszka w małym miasteczku, pod Krakowem.
– Od kiedy tam mieszka? – zapytał.
– Od zawsze – odpowiedział Żyd i uśmiechnął się.
Jego niska postura i wyciągnięte wiadomości, przypomniały mu twarz ojca. Ojciec też rozmawiał jak ten tutaj, tak samo przechylając głowę.
– A co zamierza robić w Krakowie? – zapytał Żyd przyjaźnie.
– Stamtąd jadę do Szydłowiec.
– To bardzo mała wieś – powiedział.
Jakub wyjawił mu, że urodził się w Tel Awiwie, ale rodzice pochodzą z Szydłowiec, więc jedzie zobaczyć to miejsce.
– Żydów tam nie ma, nic tam nie ma.
– Wiem. Może znajdę ruiny bóżnicy, dom dziadków, ale jeśli nie znajdę niczego, zadowolę się wzgórzami, studniami, i jeśli ktoś zechce sprzedać mi coś z dewocjonaliów, to kupię od niego – przywołał w pamięci wszystkie, nagromadzone w nim słowa, i ujrzał cud. Żyd go zrozumiał.
– Dziwne – powiedział Żyd z wyraźnie żydowską melodią.
– Co dziwne? – poprosił o wyjaśnienie.
– Pańska podróż.
– Co jest w niej dziwnego?
– Jechać tam, gdzie nic nie ma.
– Rodzice całe życie rozmawiali o Szydłowcach, nie było dnia, żeby o nich nie mówili. To niemożliwe, żeby nic tam nie było. Żydzi mieszkali tam całe pokolenia, choć zawsze niewielu, moi rodzice, dziadkowie, rodzice dziadków, i chyba też dziadkowie dziadków. Możnaby powiedzieć, zniknęli, przepadli – używał nie swoich słów i nie po swojemu wzruszył się.
– Rozumiem – powiedział Żyd, kiwając z powątpiewaniem głową, zdumiony potokiem niewprawnych słów, jaki spadł na niego.
– Jadę do miejsca pełnego życia – powiedział, nie wnikając najwyraźniej w znaczenie zdania, które wyszło z jego ust.
– Przypuśćmy – powiedział Żyd i zakończył rozmowę.
Kiedy pociąg zatrzymał się, tamten przeprosił, że przeszkadzał, życzył miłej podróży, rzekł: „Tutaj mieszkam” i oddalił się.
Jeszcze długą godzinę tkwił mu przed oczami. Wyglądał rzeczywiście jak jeden z mieszkańców wsi, którzy przychodzili w odwiedziny do rodziców. Ale tamci byli prawdziwsi.
Znów został sam ze sobą i cieszył się, że jest sam ze sobą.
Przypomniał sobie przygotowania do bar micwy. Koszmar ciągnął się osiem miesięcy. Ojciec sprowadził mełameda starego stylu, by nauczył go parszy i haftary. To był niski, roztropny Żyd, który wiedział, że jest posłańcem w dziele przemocy. Jakub buntował się, odmawiał udziału i w końcu, po wielu namowach, naukę skrócono do godziny tygodniowo. Mełamed wypełniał swoje obowiązki rzetelnie, objaśniał, próbował wzbudzić w nim ciekawość, ale wszelkie podstępy zdały się na nic. Jakub ogłuchł, albo zadawał pytania po to tylko, by go denerwować. Stary mełamed powstrzymywał się, nie obrażał się, i przychodził każdej środy.
Ojciec był nieszczęśliwy, bezradny. Jakich by słów nie przywoływał, żadne nie pomogły, i raz, gdy poczuł niemoc argumentacji, powiedział: „Jeszcze pożałujesz”.
– Czego?
– Tego buntu.
– Jestem z niego dumny – powiedział Jakub i bezczelnie uniósł głowę.
Odtąd ojciec zaprzestał dalszych prób. Matka płakała skrycie, ale także jej płacz nie zmiękczył serca chłopca. W końcu uroczystość odwołano.
Rana krwawiła w domu wiele dni. Rodzice nie rozmawiali o tym, nie zadręczali go. Tak naprawdę, to okopali się swoim życiem, swoimi handlowymi sukcesami. Mur rósł z roku na rok. Owszem, cieszyli się i byli dumni, kiedy z wyróżnieniem ukończył szkołę średnią, potem kurs oficerski, a kiedy wpisano go na uniwersytet, ojciec zaproponował, by poświęcił się studiom na jego koszt.
W każdym razie, rozmowy dzieliły ich. Ojciec mawiał: „No, tak”, redukując swoje wrażenia do tych dwóch słów. Matka postękiwała czasem, ale i ona pogodziła się z wolą syna. „On jest taki inny” – mawiała. „Może to dobrze, że jest inny”.
Wagon coraz bardziej zapełniał się wieśniakami, którzy najwyraźniej zauważali, że to obcy, i nie pytali go o nic. Poczucie obcości, które coraz bardziej go ogarniało, było mu miłym. „Wracam do Szydłowiec” – powiedział do siebie i natychmiast pojął absurd tej radości.
Przed laty, kiedy jeszcze był chłopcem, rodzice chcieli wrócić do rodzinnej wsi, a nawet poczynili pewne starania, ale podróż, z powodu matki, nie doszła do skutku. Matka bała się wracać do miejsca, gdzie zginęli jej rodzice i siostry. Ojciec próbował ulżyć tym strachom, ale w końcu spełnił jej życzenie, i nie wyjechali.
Wieś żyła dalej w nich. Prawdę mówiąc, im starsi byli, tym jej obecność umacniała się. Ojciec mawiał czasami: „Pewnego dnia pojedziemy”. To była potrzeba serca, której moc z roku na rok słabła. W końcu przepadła zupełnie pośród codzienności, pośród jej trosk, i sprawa zeszła z porządku dziennego.
Teraz, odległe dni dzieciństwa na ulicy Melczet wyglądały inaczej, niż je sobie wyobrażał przez cały ten czas.
Szczególnie ojciec. Był trochę niższy od matki, zatwardziały milczek, który wolał stracić honor niż przestać milczeć. Przez te wszystkie lata jego powiedzeniem było: Tego, co jest do powiedzenia, nie sposób powiedzieć, nawet tłukąc głową w mur. Lepiej słuchać i nie mówić. Jakub poznał to powiedzenie we wszystkich odmianach. Wryło mu się w duszę jako esencja ojcowskiego jestestwa. Zdarzały się całe tygodnie, kiedy słowa z ojcem nie zamienił. Matka była inna, spokojniejsza. Ona też nie rozmawiała o okropnościach, ale od czasu do czasu powtarzała: „Mam ich przed oczami”, i już to budziło dreszcze.
Okres szkoły średniej spędził w łonie Haszomer hacair. Nocne zbiórki, rozmowy, dziewczęta, to wszystko wypełniało jego serce. Dom zdawał mu się pełen powikłanych i nieprzyjemnych tajemnic. Zdawało mu się, że nawet prosperujący sklep należy do przestarzałego świata.
Cały okres gimnazjum pęczniał z uczucia wyższości nad nimi, ale oni, ze swej strony, nie żywili doń urazy. Za każdym razem, kiedy robił krytyczną uwagę, milczenie matki mówiło: Jesteś zwycięzcą, jesteś ideałem, jesteś geniuszem i jesteś przyszłością, nie złość się na nas, my – marność.
Ojciec odszedł na tamten świat nagle, kiedy obsługiwał klientów w sklepie. Matka zmarła zaraz po nim, jakby bała się, że syn nie zajmie się nią w chorobie.

Pod wieczór przybył do Krakowa. Miał zamiar wziąć taksówkę i od razu pojechać do Szydłowiec, ale zmienił decyzję i powiedział do siebie, można założyć, że w Szydłowcach nie ma żadnego noclegu. Lepiej pójść do hotelu, przespać noc i zastanowić się. Przecież czas, w końcu, nie nagli. Dzienne światło jest lepszym przewodnikiem w drodze do nieznanych miejsc, a noc złym doradcą, myślał, ciągnąc walizkę ku taksówce, która zabrała go, bez uprzedniego uzgodnienia ceny, do nowego hotelu w Krakowie.

 

Przełożył z hebrajskiego Tomasz Korzeniowski

 

 

Aharon Appelfeld: Polska - zielony kraj [tyt. oryg. פולין - ארץ ירוקה]. Wyd. Keter : Tel Awiw, 2005. — 217 s.

bottom of page